Wizyta w Holandii bez
HEMA-worstje byłaby nieważna. Taka kiełbaska. Jak to kiełbaska. Parówka raczej. Choć z przedwojenną tradycją. W barze
na piętrze sklepu HEMA zamawiam też stamppot. Takie puree ziemniaczane z endywią. Kulinarna duma Holandii.
Siadam
przy oknie. Przy sąsiednim stoliku siedzi dwóch mężczyzn. Dopiero teraz
spostrzegam, że jeden to Holender, a drugi Turek, a może Marokańczyk. Turek, a może Marokańczyk, ma kręcone siwe włosy. Holender – proste. Też siwe. Nie mówią dużo.
Jak już mówią, to wolno. Dochodzą mnie pojedyncze słowa. Holender był kilkadziesiąt
lat kierowcą. Turek, a może Marokańczyk, coś tam odpowiada. Chyba po angielsku. Wstaje i zdejmuje marynarkę. Gorąco, słońce świeci wprost na nich. Oświetleni jak na scenie. Teatr dwóch aktorów.
Turek, a może Marokańczyk, znów zaczyna
coś po angielsku. Holender kiwa głową ze zrozumieniem, ale bez przekonania. Nie tylko mało mówią. Też niedosłyszą.
Zamówiłem w barze restauracyjnym kiełbaskę, a dostałem mielony. Mielony europejski.
 |
(fot. J. Koch) |
 |
(fot. J. Koch) |
 |
(fot. J. Koch) |
 |
(fot. J. Koch) |
 |
(fot. J. Koch) |
 |
(fot. J. Koch) |